Opowieść o gofrach
2011-09-08

"Dawno dawno temu za górami za lasami…
No dobrze, parę lat temu byłam świeżo upieczoną studentką Politechniki Gdańskiej. Wyjechałam z Lubelszczyzny nad dalekie morze by tam pogłębiać swoją wiedzę. Zamieszkałam w akademiku i to właśnie w nim miała miejsce moja kulinarna przygoda – i to nie tylko ta jedna.
Najpierw jednak muszę Was wtajemniczyć w kontekst sytuacji. Ja w ogóle nie umiałam gotować!
Szczytem moich możliwości było zagotowanie wody na herbatę tudzież zupkę chińską oraz ugotowanie parówek! Zapomniałabym o sosach ze słoika czy z proszku. Menu moje oraz moich współlokatorek było nudne i monotematyczne. Jedząc tak dzień w dzień przez kilka miesięcy w akcie desperacji postanowiłyśmy „w końcu trzeba zacząć jeść coś innego”. Coś nie z kartonu i nie na telefon! Wszystkie chętnie się na to zgodziłyśmy. Stanęło na tym, że będziemy robić co tydzień duży obiad dla nas i znajomych. Każda z nas w innym tygodniu. Jedna zrobiła pyszne leczo (z tego co pamiętam), inna naleśniki z jabłkami. Przyszła kolej na mnie. Ja – wielka miłośniczka gofrów postanowiłam właśnie je upiec. O pomoc poprosiłam narzeczonego. W końcu razem raźniej. Obydwoje szukaliśmy przez kilka dni idealnego przepisu. Widziałam w myślach te pyszne, lekkie i przede wszystkim chrupiące gofry. Przepis został znaleziony, składniki zakupione, znajomi zaproszeni.
Gofrowa uczta miała się odbyć o godzinie 18tej w naszym pokoju. Wszystko pięknie przygotowaliśmy i o 17.30 zaczęliśmy wielkie mieszanie, ubijanie i pieczenie. Gofry wyglądały cudownie. Złociutkie, wyrośnięte i chrupiące. Powstawała ich coraz większa sterta a czas mijał nieubłaganie. Było już grubo po 18-tej, bądźmy szczerzy była prawie 19-ta kiedy skończyliśmy pieczenie. Wygłodniali współlokatorzy co jakiś czas zaglądali z nadzieją do kuchni. Nic to, niestrudzeni – dalej piekliśmy. W końcu dumnie wzięliśmy talerz ze stertą gofrów oraz miskę pełną bitej śmietany z proszku. Ustawiliśmy to wszystko na stole a wszyscy ochoczo przystąpili do degustacji. Jednak na ich twarzach o zgrozo nie widać było zachwytu a raczej ogromne rozczarowanie. Przez godzinę gofry wystygły i zrobiły się strasznie gumowate! Każdy dokończył swojego „gumiaka”. Wszyscy uprzejmie podziękowali tłumacząc się, że już się najedli a potem szybko się rozpierzchli do swoich pokoi. Wtedy było nam trochę przykro i strasznie sobie wmawialiśmy, że przecież wyszły nam całkiem dobre – choć sami w to nie wierzyliśmy ani trochę! Teraz wspominam całe zdarzenie z uśmiechem ;)."
Marta Niebieska Pistacja
Zaliczona Kuchnia ® 2011
Dodaj komentarz
Jeśli chcesz dodać komentarz musisz się najpierw zalogować.
zobacz wszystkie artykuły

